Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 516 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

LHOTSE - Krzysztof Wielicki.

piątek, 31 sierpnia 2007 14:00

LHOTSE
Krzysztof Wielicki

 

            Lhotse(8511 m n.p.m.), najbliższy sąsiad Mount Everestu, znajduje się na granicy między Nepalem i Tybetem. Ze szczytu wybiegają trzy 17.jpg (26.54 Kb)główne granie: na północ ku Przełęczy Południowej i dalej w kierunku Everestu; na wschód ku Lhotse Shar (8386 m), oraz ku Nuptse (7861 m). Dwie pierwsze ograniczają spływający na wschód wielki lodowiec Kangchung. Góra ma dwie wybitne ściany. Ściana zachodnia wznosi się nad Kotłem Zahodnim (Western CWM), czyli nad górną częścią lodowca Khumbu. Natomiast nad lodowcem Lhotse piętrzy się słynna wśród alpinistów, ogromna ściana południowa.

        „Lhotse”w języku tybetańskim znaczy „szczyt południowy”; nazwę taką nadali górze uczestnicy brytyjskiej wyprawy rekonesansowej na Everest w 1921roku.

   Pierwszą próbę zdobycia Lhotse podjęła międzynarodowa wyprawa pod kierownictwem Normana G. Dyhrenfurtha w 1955 roku. Ernst Senn doszedł wtedy samotnie na wysokość 8100 m, do początku północno-zachodniego kuluaru.

     18.jpg (31.69 Kb)Pierwszego wejścia na Lhotse dokonała wyprawa szwajcarska w 1956 roku, niejako przy okazji drugiego wejścia na Mount Everest. Wykorzystano dobrze już znaną z ataków na Everest drogę na Przełęcz Południową. Przy dobrej pogodzie i sprawnie działającej aparaturze tlenowej, znajdujący się w świetnej formie wspinacze Fritz Luchsinger i Ernst Reiss osiągnęli 18maja wierzchołek Lhotse poprzez kuluar w zachodnie flance. Drugie wejście na Lhotse miało miejsce dopiero w roku 1977. Wcześniej, w 1974 roku, góra była świadkiem pamiętnej próby pierwszego wejścia zimowego, kiedy to polska ekipa pod kierunkiem Andrzeja Zawady wycofała się z wysokości ok. 8200 m. Później, w październiku 1979 roku, na szczyt weszło aż ośmiu Polaków (Czok, Heinrich, Kukuczka, Skorek, Baranek,Bilczewski, Cholewa, Niklas – siódme i ósme wejście).  
       O ile wejścia drogą normalną odbywano często przy okazji wchodzenia na Everest, to wspaniałą ściana południowa była celem samym w sobie. Przez jej lewy kocioł próbowali wejść w 1981 roku Jugosłowianie pod wodzą A.Kunavera, dochodząc do wysokości 8100 m. Z prawej strony, właściwie już na południowej ścianie Lhotse Shar, poprowadzili drogę Słowacy w 1984roku. W 1990 roku Tomo Cesen oświadczył, iż dokończył drogę jugosłowiańską. Autentyczność tego wejścia była przedmiotem kontrowersji i ostatecznie została zakwestionowana. W 1989 roku próbował tu swoich sił Reinhold Messner. Tragicznie zapisał się dzień 24 października tegoż roku: po pokonaniu niemal całej ściany, u wejścia w prowadzącą ku szczytowi grań, odpadł Jerzy Kukuczka, drugi w świecie zdobywca „Korony Himalajów”. Lina nie wytrzymała szarpnięcia... W 1990 ścianę przeszli Rosjanie, oceniając jej trudności jako niemożliwe do pokonania przez samotnego wspinacza.

     Południową ścianę Lhotse próbowałem przejść trzykrotnie: w latach 1985, 1987,1989. Jako Polak mam do niej stosunek równie emocjonalny, jak Niemcy do Nanga Parbat. Dwa razy byłem bardzo blisko szczytu. W 1985 roku wraz z Mirkiem Falco Dąsalem, Walkiem Fiutem i Arturem Hajzerem wyszliśmy na grań (8250 m) chyba zbyt nisko i musieliśmy zrezygnować.

        W 1987 roku wraz z Arturem Hajzerem wyruszyliśmy do ataku szczytowego z obozu na wysokości 7800 m. Po trzech dniach wspinaczki weszliśmy na grań na wysokości 8300 metrów. Decyzja o odwrocie zapadłą po spędzeniu w jamie śnieżnej bardzo ciężkiego biwaku przy huraganowym wietrze. Odwrót był równie trudny co wspinaczka w górę. Mieliśmy nadzieję, że jeśli zdołalibyśmy wejść na szczyt, zeszlibyśmy na stronę zachodnią do bazy pod Everestem. Niestety, musieliśmy zjechać ścianą trzy kilometry w dół.

         W1989 roku do udziału w wyprawie na tę ścianę zostaliśmy zaproszeni przez Reinholda Messnera. W składzie wyprawy była międzynarodowa elita ówczesnego himalaizmu. Lecz mimo to nie udało się zrealizować wymarzonego planu. Zamiast kolektywnej współpracy, która w przypadku tak potężnej ściany jest konieczna, zbyt wiele było na tej wyprawie gwiazdorstwa, a także prywatnych gier. Dream team Messnera niestety nie zagrał najlepszego meczu.

       Więcej już tam chyba nie pójdę – myślałem – uważałem, że nie warto. Gdyby Rosjanie nie przeszli ściany, to może należałoby pokusić się o zweryfikowanie wejścia Ćesena. Znałem już na niej każdy kamień. Jest tam zbyt niebezpiecznie, aby ryzykować w celu powtórzenia czegoś, co już zostało zrobione przez kogoś innego. Mam w sobie coś takiego, co w przypadku podejmowania nowych wyzwań jest dla mnie motorem napędowym. Na południowej ścianie Lhotse to „coś” już nie działa. Więc po co się tam pchać?

      Byłem jednak na szczycie Lhotse. Po wypadku na Bhagirati II w dniu 31sierpnia 1988 roku, w którym ucierpiał mój bark i kręgosłup (od tego czasu jestem niższy o centymetr), musiałem nosić gumowy gorset z metalowymi usztywniaczami.

    Belgowie, którzy mieli zezwolenie na atakowanie Mount Everestu i Lhotse zimą 1988r, zaprosili Andrzeja Zawadę, Leszka Cichego i mnie do udziału w ich ekspedycji. W drugiej połowie grudnia '88r Belgowie stwierdzili, że cel przerasta ich możliwości. Pod koniec grudnia poszliśmy w czwórkę (z Ingrid Bayens, Andrzejem i Leszkiem) do Kotła Zachodniego, na wysokość 6400 metrów. Niestety towarzystwo się pochorowało i groziła konieczność wycofania się. Nie chciałem jednak rezygnować. W dzień poprzedzający Sylwestra udałem się samotnie do obozu III. Po dwutygodniowej przerwie w działalności namioty były poniszczone, ale jakoś udało mi się przespać. Następnego dnia, bez zakładania obozu czwartego, wszedłem drogą normalną na szczyt, dokonując tym samym pierwszego wejścia zimowego na Lhotse 31grudnia 1988r. Zejście z wierzchołka z uwagi na uraz kręgosłupa było straszne. Wymyśliłem sobie, że co 20 kroków będę się kładł na stoku i odpoczywał. Wiedziałem, że nie wolno mi zasnąć bez asekuracji na stromym lodzie, a jednak zasypiałem. Po prostu traciłem świadomość. Po kilku minutach „snu” budziłem się i ruszałem dalej. Warunki były, jak to w zimie w Himalajach – dużo lodu, mało śniegu i bardzo silny wiatr. To wszystko okazało się jednak niczym w porównaniu z bólem kręgosłupa. Dotarłem jednak jakoś do „trójki”. Czekał tam na mnie Leszek Cichy, który pomimo choroby przyszedł mi z odsieczą z dołu. Był to z jego strony dowód prawdziwego górskiego partnerstwa.

   Lhotse zdobyłem zimą drogą normalną, a bardzo chciałem ścianą - południową... Życie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Droga do Everest BC.

środa, 29 sierpnia 2007 17:44
     Droga do Everest BC.

Mapka niżej pokazuje szkic drogi prowadzącej do bazy pod Everestem. Jest to klasyczna droga, którą pokonuje każdy kto wybiera się na Everest, albo tylko do jego bazy. Drogę tę pokonują też wyprawy trekkingowe, które mają na celu zobaczenie Everestu z bardzo dobrego punktu widokowego jakim jest turnia Kala Patthar(5545m). Dziś już praktycznie wszyscy wybierają lot z Kathmandu do Lukla, a potem marsz do Everest BC. Droga  ta jest właściwie drogą trekkingową,  opiso już ją na blogu  , wystarczy zobaczyć relacje z wyprawy na Ama Dablam, jednak szlaki te nieco się różnią,  ci co idą  na Ama Dablam  skręcają  za  Panghboche na prawo i opuszczają szlak everestowski, ci zaś co chca zobaczyć Everest BC idą dalej do Dingboche lub Pheriche. Przypomnę , że ci co wybierają sie przez Dingboche mogą zboczyć nieco ze szlaku by przed dotarciem do Lobuche "zajrzeć" do Chukhung, wydłuża to jednak marsz o kilka godzin. Wychodząc z Dingboche mija sie kamienne szałasy Bibre (4570m), dalej łagodnie w gore przez dolinę pokryta miejscami przez małe moreny, aż do szałasów i hotelików Chukhung (4730m). Tu warto zrobić małą przerwę w marszu z chwilka na odpoczynek, posiłek, wypicie cieplej herbaty. Następnie warto udać się w okolice pobliskie by zobaczyć wspaniałą południowa ścianę Lhotse, ale przede wszystkim miejsce upamiętniające tablica pamiątkową naszego wielkiego himalaiste - Jerzego Kukuczke. To właśnie by zobaczyć to miejsce warto odwiedzić okolice Chukhung.

 

 

Wracając na szlak do Lobuche, za Dingboch podąża on górą ponad Pheriche, trawersuje zbocza Poklade i dociera w okolice Tukla, na mapie Dughla (4620m). Idąc dalej szlak prowadzi morena czołową lodowca Khumbu, a idąc doliną, jej zachodnia strona dociera sie do Lobuche(4930m). Jest to najdalej wysunięta osada pasterska, położona wyżej niż szczyt Mt. Blanc.


 
Wychodząc z Lobuche po ok. 15 minutach mija sie włoskie laboratorium w kształcie piramidy, które dysponuje częścią hotelowa i restauracja włoska, to dla tych co nie chcieliby biwaku w Lobuche, uważanego zresztą za bardzo zimne miejsce.
  
Potem przekracza sie języki boczne lodowca Changri, częściowo pokrytego gruzem morenowym. Dalej trzeba sie wspiąć na morenę po jej północnej stronie i od razu widzi sie łatwo dostępną turnie Kala Pattar (5545m). Należy zejść poniżej na rozległy plaski teren Gorak Shep (5160m), który jest dnem wyschniętego jeziorka.
 
Wspinając sie na Kala Pattar można  zobaczyć wspaniale widoki: Everestu, Lhotse, Nuptse. Jest to "prawdziwy taras widokowy", ale też część drogi dla wspinających sie na pobliski szczyt Pumori (7145m).
  
Na zdjęciu widok z Gorah Shep na Kala Patar, a w tle Pumori.
Wejście na Kala Pattar i podziwianie Everestu jest czasami takim "prawdziwym celem" wypraw, wszystkich tych co chcą zobaczyć najwyższą gore świata z bardzo bliska i "mieć ja na wyciągniecie reki", pamiętać bowiem należy,że samego wierzchołka Everestu nie zobaczymy będąc w bazie Everestu. Po zobaczeniu tych wszystkich pięknych widoków schodzi sie na nocleg w Gorak Shep, by następnego dnia odwiedzić bazę wypraw everestowskich -czyli Everest BC, sama zaś baza wypraw everestowskich wygląda tak...


w bazie zwykle jest kilka wypraw i wiele kolorowych namiotów oraz  stupa , którą pokazuje zdjęcie niżej..
 
Droga powrotna wiedzie szlakiem jak na mapie, jednak dla urozmaicenia wrażeń  można wybrać drogę przez przełęcz Cho La, co pozwala na zobaczenie Everestu z innej, równie pięknej perspektywy. Wiele zdjęć zobaczyć można w  albumach , wystarczy kliknąć na link : http://picasaweb.google.com/himalman
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Everest tańszy poza sezonem.

wtorek, 28 sierpnia 2007 10:34

Nepal zmniejszy opłaty za wejście na Mount Everest dla himalaistów wspinających się poza sezonem - poinformował nepalski minister turystyki Prithvi Subba Gurung.


W czasie sezonu, który trwa od marca do maja, na Everest wchodzi kilkanaście wypraw. Każda przed wejściem na liczący 8850 m n.p.m. szczyt płaci przynajmniej 70 tys.dolarów. Jednak poza sezonem, jesienią i zimą, szlaki prowadzące na najwyższą górę świata są opustoszałe.

- Pracujemy obecnie nad ofertą 50-procentowych zniżek na wspinaczkę w okresie jesiennym oraz 75-procentowych w okresie zimowym - powiedział Gurung w rozmowie z agencją Reutera. Okres jesienny trwa od września do listopada, natomiast zimowy od grudnia do stycznia.

Minister Gurung dodał, że opłaty za wspinaczkę w sezonie nie zmienią się. W czasie tegorocznego sezonu na szczyt Everest weszła rekordowa liczba 520 himalaistów.

Przewodniczący nepalskiego towarzystwa górskiego Szerpa Ang Tshering powiedział, że podobnym systemem zniżek powinny zostać objęte również inne himalajskie szczyty.

Na terenie Nepalu znajduje się osiem z 14 najwyższych gór świata i 2 tys. himalajskich szczytów. Tylko 326 z nich jest dostępnych dla wspinaczy z innych krajów.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Solo Khumbu - kraina Szerpów cz.2.

sobota, 25 sierpnia 2007 17:03

PRZEZ  WYSOKIE  PRZEŁĘCZE  KRAINY  SZERPÓW cz.2.

 Joanna Adamczyk i Andrzej Huczko


Następny etap to przejście rzadko odwiedzanej wysokiej przełęczy Kongma La (5535m), oddzielającej doliny Imja Khola i Khumbu. Imja Khola opuszczamy powyżej wioski Bibre (4570 m) i po długich, “bieszczadzkich” trawersach docieramy do właściwej doliny prowadzącej w stronę przełęczy. Według przewodnika “przez przełęcz Szerpowie przeprowadzali stada jaków”. Może to i prawda, ale pochodząca z bardzo dawnych czasów – my miejscami mieliśmy kłopot z odnalezieniem ścieżki...

 

 

Długie i uciążliwie podejście wynagrodziła nam wspaniała, dzika sceneria tego pustego zakątka Himalajów. Pod wieczór dotarliśmy do bajkowego kotła z licznymi jeziorkami pod widoczną już przełęczą: wysokość ok. 5300 m i wspaniały biwak... Rano po godzinie wspinaczki niewyraźną percią dotarliśmy na przełęcz: przede wszystkim ulga, że po drugiej stronie nie ma jakichś“niespodzianek”. No, i rewelacyjne widoki na wszystkie strony, bo“lampa” w pełni – przede wszystkim na Makalu, po K-2 i Dhaulagiri chyba najpiękniejszy z “ośmiotysięczników”! Siedzimy do południa, czekając aż śnieg zmięknie i ruszamy w dół – ze śladów widać, że przed nami po okresie monsunowym na przełęczy były zaledwie dwie osoby... Coraz wyraźniejszą ścieżką osiągamy już nieaktywny w tym miejscu lodowiec Khumbu i dzięki niej łatwo przechodzimy na jego zachodnią stronę do Lobuche.

                Kolejny depozyt “żarciowy” zostawiony w “8000 Inn” i ruszamy następnego dnia w rejon Mt. Everestu. Po paru godzinach marszu, pod koniec dość uciążliwego przez morenę bocznego lodowca, docieramy do słynnej wysokogórskiej osady Gorak Shep (5140 m), “kultowego” niemal miejsca wszystkich trekkersów i punktu wyjściowego na Kala Pattar. Nie on jednak jest naszym celem, bo wiemy, że w tym rejonie jest jeszcze lepszy i wyższy (notabene jest to podobno najwyższe miejsce w SoloKhumbu, które osiągnąć można turystycznie) punkt widokowy: Pumori Attack Camp (5800 m). Mijamy więc Gorak Shep i po kilkuset metrach opuszczamy ścieżkę prowadzącą dalej do Everest Base Camp, kierując się w lewo w górę ku wysokogórskim jeziorom, leżącym na wysokości 5297 m pod lodowcami spadającymi z południowych zboczy słynnej z piękności Pumori (7165 m). Znów przepiękny biwak na “plaży” tuż nad dolnym jeziorkiem ze wspaniałymi widokami na zachód słońca na Evereście.Następnego dnia się rozdzielamy: płeć piękna ma zawodowe “ciągoty” (w“cywilu” geograf) i rusza w stronę Everest Base Camp, głównie by z bliska obejrzeć lodowiec Khumbu, a “towarzysz” ciągnie dość wyraźną ścieżką w kierunku południowo-wschodniego żebra Pumori; wysokościomierz pokaże 5750 m w miejscu, gdzie zaczynają się strome, zaśnieżone płyty,zaś ułożona z płaskich kamieni platforma pod namiot wskazuje, że tu jest Attack Camp. Rewelacyjna pogoda i wspaniałe widoki: “pod nogami” Everest Base Camp i początek Ice Fallu, dalej Western CWM, Lhotse, cała północna i południowa grań Everestu, a bliżej – złowroga przełęcz Lho La i zbocza Khumbutse, gdzie przed laty w lawinie zginęli najlepsi polscy himalaiści... Jak na dłoni widać tak znane z książek słynne formacje: żebro Genewczyków, kuluar Lhotse, wierzchołek południowy Everestu, kuluar Nortona, a może i nawet – przy odrobinie wyobraźni –Hillary Step na południowej grani Everestu oraz Step I i II na grani północnej... 

                Spotykamy się po paru godzinach w Gorak Shep i w zapadającym zmierzchu powracamy do Lobuche: w planie na następne dni mamy przejście górami do słynnej z widoków doliny Gokyo. Niestety, rano pojawiają się kłopoty z tragarzem– Lobuche to dość “drogie” miejsce... Dźwigamy więc cały bagaż przez pół dnia do leżącej w bocznej dolinie wioski Dzonglha (4830 m). Stąd ruszymy w kierunku przełęczy Cho La (5330 m), oddzielającej Gokyo od Khumbu. Szczęśliwie trafia nam się tragarz schodzącej z góry “wyprawy”amerykańskich trekkersów, który zgadza się podejść z nami w rejon przełęczy. Znów wielogodzinny marsz do góry, pod koniec po stromych głazach w padającym śniegu, bo psuje się pogoda. Docieramy do lodowca na wysokości około 5200 m – niżej brak miejsc biwakowych; nasz pomocnik zbiega w dół, a my szybko rozbijamy, nad małym jeziorkiem, namiot.Śnieg pada kilka godzin, na szczęście noc jest pogodna i rano budzi nas słońce, a pokryte świeżym śniegiem otaczające nas góry wyglądają bajkowo! Zwijamy namiot i po pół godzinie marszu łatwą ścieżką po lodowcu (w międzyczasie przetarli ją portersi kolejnej wyprawy trekkingowej) docieramy na Cho La. A tam tłok i atmosfera happeningu wśród chyba kilkudziesięciu “zdobywców” przełęczy – figle na śniegu, zjeżdżanie na spodniach z pobliskich “ścianek”. Po jakimś czasie jednak przełęcz pustoszeje; zakładamy raki i podchodzimy kawałek w kierunku południowego “sześciotysięcznika”. Wracamy na przełęcz i ruszamy w dół(przez kilkaset metrów w rakach) w kierunku największego himalajskiego lodowca Ngozumpa, ciągnącego się na południe od czwartego w tej okolicy“ośmiotysięcznika” – Cho Oyu. Ale zanim do niego dotrzemy czeka nas jeszcze podejście na kolejne 5-tysięczne wzgórze, oddzielające naszą dolinkę od Ngozumpy. Po drodze spotykamy kilkunastoosobową grupę trekkersów znad Wisły – idą w przeciwnym kierunku, do Khumbu. Już w zapadającym zmroku trawersujemy wyraźną na szczęście ścieżką lodowiec,znacznie ciekawszy, jeśli chodzi o morfologię, niż Khumbu. Po zachodniej jego stronie docieramy do głównego szlaku, którym po godzinie marszu osiągamy pięknie położoną nad jeziorem osadę Gokyo –kilkanaście hotelików o wyższym chyba standardzie niż w Khumbu. W planie mamy wejście następnego dnia na słynne z widoków wzgórze Gokyo Ri (5483 m). Niestety, gdy się budzimy rano, na zewnątrz szaleje śnieżyca, kilkanaście centymetrów świeżego śniegu i widoczność na kilkadziesiąt metrów. Już wiemy, że z Gokyo Ri “nici” – nie mamy rezerwy czasowej przed zarezerwowanym odlotem z Lukli, a chcemy jeszcze zaliczyć sobotni jarmark w Namche Bazar. Zejście w dół przepiękną doliną Gokyo zajmie nam 2 dni, czym niżej tym lepsza pogoda... Jeszcze wspaniały nocleg w hoteliku na widokowej przełęczy Mong, z której szczególnie okazale prezentują się południowe zerwy Ama Dablam. Bazar w Namche trochę nas rozczarowuje – głównie owoce i warzywa przyniesione zniżej położonych wiosek oraz “ruskie ciuchy”... A potem już tylko biegniemy do Lukli, aby zdążyć na niedzielny pierwszy lot do Kathmandu.

            Po opuszczeniu gór kilka dni dzielące nas od wylotu do Delhi spędziliśmy jeżdżąc na rowerze po Kathmandu i okolicy (wspaniały Bhaktapur!).Zaliczyliśmy również 2-dniowe “white waters”, czyli coraz popularniejszy spływ pontonami (rafting), na ponoć najbadziej ambitnej rzece Nepalu - Bhote Koshi, który też wszystkim polecamy, ale to już zupełnie inna, nie-górska historia...

 Dr Joanna Adamczyk:geograf, przewodnik górski, pilot wycieczek zagranicznych, taternik.Absolwentka Wydziału Geografii Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie jako doktor nauk leśnych pracuje na Wydziale Leśnym SGGW i zajmuje się systemami informacji geograficznej i teledetekcją. Hobby: narciarstwo tourowe, turystyka rowerowa.

Dr hab. Andrzej Huczko:studencki przewodnik górski i instruktor narciarstwa, pilot wycieczek zagranicznych. Absolwent Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej, jako dr hab. chemii jest kierownikiem Pracowni Fizykochemii Nanomateriałów na Wydziale Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, zajmuje się nowymi nanostrukturami węglowymi; hobby:narciarstwo wysokogórskie i sporty 'rakietkowe' (głównie badminton)

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Solo Khumbu - kraina Szerpów cz.1.

czwartek, 23 sierpnia 2007 8:23

PRZEZ  WYSOKIE  PRZEŁĘCZE  KRAINY  SZERPÓW

 Joanna Adamczyk i Andrzej Huczko

 

                Jeśli marzysz o bardziej ambitnej samodzielnej wędrówce po wysokich górach a do tego jeszcze masz trochę czasu (min. 3-4 tygodnie) oraz kasy (można się zmieścić w 1000 USD) – proponujemy Ci krainę Szerpów, Solo Khumbu.Jest to chyba najbardziej popularny rejon trekkingowy w nepalskich Himalajach. W odróżnieniu jednak od klasycznej trasy, będącej udziałem olbrzymiej większości udających się w rejon Mt. Everestu trekkersów (przelot do Lukli, wędrówka do Gorak Shep - już niemal u podnóża Everestu - oraz wejście na 32.jpg (44.54 Kb)najpopularniejszy punkt widokowy w tej okolicy, Kala Pattar 5550 m) – podczas naszego3-tygodniowego pobytu w Solo Khumbu “pomyszkowaliśmy” po bocznych dolinach, przechodząc m.in. dwie wysokie przełęcze je oddzielające. W związku z tym – również w odróżnieniu od “typowych” trekkersów, wędrujących najczęściej trasami typu “autostradowego” z małym plecaczkiem zawierającym śpiwór oraz grubszym portfelem dla pokrycia wszelkich kosztów pobytu (zresztą dla przeciętnych “westmenów” bardzo niskich...) – mieliśmy ze sobą sprzęt biwakowy oraz “szturmowe”jedzenie z kraju. W licznych bowiem hotelikach (zwanych w Nepalu“lodge’ami”) choć smacznego jedzenia nie brak, to z jego kalorycznością jest znacznie gorzej: oparte jest ono bowiem głównie na ryżu, makaronie i jarzynach; o sery już trudniej, a o mięsie można na ogół tylko pomarzyć... Gaz do kuchenek można bez problemu kupić po drodze w stolicy Szerpów – Namche Bazar (można też tam zaopatrzyć się w większość podstawowego oraz specjalistycznego sprzętu górskiego –najczęściej jednak to są podróbki znanych firm, albo rzeczy używane).

 

 

                Termin pobytu w górach wybraliśmy bardzo starannie: pierwsze pięć dni stanowiło aklimatyzacyjne “wejście” w góry – koniec września, kiedy monsun już powoli zanika, choć góry wciąż chowają się za chmurami.Potem nastał okres pięknej pogody – właśnie wtedy byliśmy pod Everestem. Zaś po 10 października zdarzały się1-2-dniowe załamania pogody, ale to bywa wszędzie w górach.

                W czasie całego naszego pobytu zaskoczeni byliśmy stosunkowo małym ruchem turystycznym – tegoroczna frekwencja w Solo Khumbu sięgała połowy liczby turystów górskich odwiedzających ten rejon kilka lata temu. I podobnie jest w innych regionach górskich Nepalu. To efekty niestabilności politycznej oraz działalności partyzantki maoistowskiej w tym kraju, które szczególnie skutecznie odstraszają turystów z Zachodu. A turystyka to dla Nepalu podstawowe źródło dochodu narodowego...

                Podczas  całego pobytu w górach wynajmowaliśmy podczas “transportowych” dni dorywczo miejscowych tragarzy; ich koszt (poniżej 5 USD dziennie) w niewielkim stopniu wpłynął na budżet naszego wyjazdu, zaś dał też świadomość pewnej pomocy finansowej miejscowym ludziom (których zarobki w dużej mierze związane są z ruchem turystycznym), a przede wszystkim –pozwolił na pełną kontemplację piękna himalajskiej przyrody, co jest nieco utrudnione przy noszeniu ciężkiego wora... Szczególnie biorąc pod uwagę, że wędrówka po Himalajach to na ogół nieustanna “huśtawka”wysokości: 100m w górę, 50 m w dół, itd. A do wioski widocznej “jak na dłoni” po drugiej stronie doliny często idzie się ... cały dzień, bo przedtem trzeba – drobnostka – “spaść” w dół do jaru jakieś 500 m różnicy poziomów...

            Po przylocie małym samolocikiem z Kathmandu do Lukli (emocje z tym związane, widoki, a przede wszystkim – lądowanie na zawieszonym nad przepaścią 150-metrowym pasie startowym wysokogórskiego lotniska w Lukli, 2840 m, zasługują na odrębną relację...) ruszamy wraz z dwoma“portersami” na północ doliną rzeki Dudhi Kosh: pierwszy dzień do Monjo (2840 m) to typowa himalajska “pralka” – na mapie 15 km w linii prostej, a idziemy cały dzień! Za Monjo wkraczamy do “Sagarmatha National Park” (opłata za wejście 13 USD) i czeka nas długawe, choć we wspaniałej dżungli himalajskiej 600-metrowe podejście do stolicy szerpańskiej krainy, słynnego Namche Bazar. A tam dziesiątki hotelików,restauracji, nawet kawiarenki i cukiernie oraz oczywiście ... internet oraz możliwość skorzystania z telefonu satelitarnego. Kolejny dzień –aklimatyzacyjny – to wędrówka “na lekko” po okolicznych wioskach:Khumjung (3780 m) oraz Kunde (3840 m). W tej pierwszej znajduje się duża szkoła, zaś w drugiej – szpital, założone przez nepalską fundację zdobywcy Everestu, Sir Hillary’ego. Zresztą w samym Namche założył on również niedawno warte odwiedzenia muzeum, poświęcone przede wszystkim Szerpom i ich udziale (i ofiarach) w podboju Himalajów...

                Kolejny dzień to wędrówka z Namche do Pangboche (3930 m), po drodze znów kilkusetmetrowe zejście do jaru rzeki i podejście do słynnego klasztoru buddyjskiego w Tengboche, 3860 m (tam również muzeum). Za Pangboche kończy się himalajska dżungla, a i ścieżka zaczyna biec w sposób nieco bardziej wyrównany, bez męczącej “pralki”. Szybko więc dochodzimy do leżącej w bocznej dolinie rzeki Imja Khola wioski Dingboche (4410 m);“spragnieni wysokości” jeszcze tego samego dnia “wyrywamy” pobliskim grzbietem do góry: płeć piękna jest górą i “pada” pierwsza w czasie naszego wyjazdu “piątka”! Wyżej jednak mgła i lekki śnieg, a widoczność– zerowa...

                W ramach przygotowań do dalszej wędrówki zostawiamy w Dingboche depozyt sprzętowo-żarciowy i wędrujemy z jednym tragarzem do Lobuche (4910 m),by przerzucić do doliny lodowca Khumbu  jedzenie na następne 10 dni pobytu. A przy okazji mamy kolejny dzień aklimatyzacyjny. Samo Lobuche jest mało ekscytujące: zatrzymujemy sięwięc w położonym w pięknej bocznej dolince (pół godziny marszu powyżej osady) hoteliku “8000 Inn”. Jest tu co prawda znacznie drożej, ale i okolica i wyższy komfort uzasadnia wyższe ceny. Z hotelikiem sąsiaduje“Piramida”: super-nowoczesny włoski ośrodek badań naukowych, zajmujący się różnymi aspektami wysokogórskich badań przyrodniczych, przykładowo glacjologią oraz ewentualnością potencjalnych zagrożeń związanych z istnieniem wytopisk (jezior lodowcowych) – w przypadku np. trzęsienia ziemi – mogących zatopić położone niżej wioski. Po przyjściu robimy jeszcze “spacerek” do góry: powyżej na 5050 m jest piękne jezioro wysokogórskie, niestety tonące we mgle...

                Kolejny dzień to powrót do Dingboche i wraz ze sprzętem biwakowym ruszamy w górę Imja Khola. Nocujemy w ostatniej wiosce Chukhung (4730 m), a następnego dnia ruszamy na dwudniowy biwak pod znany szczyt trekkingowy(bynajmniej nie najłatwiejszy – do wejścia konieczny sprzęt wspinaczkowy oraz doświadczenie lodowcowe) Island Peak (6189 m). Przy okazji dowiadujemy się, że w okolicy przebywa i solowo wspina się na niezdobyty południowy filar pobliskiej Nuptse słynny rosyjski himalaista, Babanow (notabene dziś już z wiadomo, że planów nie udało mu się zrealizować...). Oficer łącznikowy,  przebywający wChhukung, proponuje nam nawet “spacer” do obozu bazowego Rosjanina, ale brak nam czasu, a to wycieczka na cały dzień.

Sceneria górnego piętra doliny Imja Khola jest niesamowita (wreszcie robi się pogoda!): od północy wielokilometrowy lodowy mur Nuptse-Lhotse wraz z największym urwiskiem Himalajów – słynną południową ścianą Lhotse, 8501m (w Chkukung pamiątkowa tablica poświęcona 3 Polakom, m.in. Jerzemu Kukuczce, którzy zginęli na tej ścianie...), zaś od południa zerwy słynnej z piękności Ama Dablam (6858 m) i lodowce północnych ścian innych sześciotysięczników. Biwakujemy w Island Peak Base Camp (ok.5100 m), tu też przeżywamy chwile grozy wieczorem – eksplozja gazu w przedsionku namiotu w wyniku nieszczelności wężyka MSR-a, na szczęście “opanowana”... Planowaliśmy dotarcie w rejon przełęczy 5700 m oddzielającej Island Peak od przepaścistych zerw Lhotse Shar; okazało się jednak po dojściu boczna moreną na 5200 m, że dalszego przejścia nad lodowcem nie ma, a na kilkukilometrową, mozolną wędrówkę lodowcem  nie bardzo już mieliśmy czas...

Powracamy do Chukhung i tego samego dnia po południu robimy szybki wypad na znany punkt widokowy – Chukhung Ri. Wyraźna ścieżka prowadzi odkrytym terenem zakosami do góry na przełączkę pomiędzy południową (5404 m) i północną(5550 m) kulminacją tego szczytu (płeć piękna znowu górą przy podziale“zdobyczy”...); główny wierzchołek Chukhung (5883 m) leży już w południowej grani Nuptse.  Znów wspaniałe widoki, m.in. na tak bliską już południową ścianę Lhotse.

 

 

Zdjęcia Everestu można zobaczyć klikając na link : Everest Marzenie Wielu



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 25 listopada 2017

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

o Everescie.. to blog o wyprawie na dach świta o marzeniu .. o zdobywcach, himalaistach, wyprawach, trekkingu, podróżach na koniec świata..

Kontakt


hidentity.org

Ulubione strony

Subscribe


AddThis Feed Button


structured settlements



Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pokochasz.pl